Zacznijmy od małej antyreklamy Trójmiasta- jeśli ktoś chciał odpocząć podczas ostatniego weekendu to nie miał na to najmniejszych szans.
Tłum wypełniał szczelnie nie tylko kolejkę łączącą trzy nadmorskie kurorty, ale także każdy bar, restaurację czy nawet McDonalda’s o 3 nad ranem (wiem bo byłam po Cheeseburgera). Dzieci, psy i wata cukrowa – oto co zapamiętałam z dziennych spacerów.
Ale tłum w trójmieście to jeszcze nic w porównaniu do tego, co działo się na lotnisku w Babich Dołach - 60-tysięczne miasteczko z 800-osobową ochroną i ponoć 17 kilometrami płotów otaczających teren. No, ale przejdźmy do muzyki.
Zacznijmy od wisienki na torcie – czyli genialny Moby. Absolutnie fantastyczna osobowość, muzyka i wykonanie. Potem już moje emocje opadały, ale nie narzekam. Bardzo klimatyczny koncert Duffy – jej piosenki znam głownie z radia, ale zapewniam, że na żywo brzmi super. Zawiodła mnie natomiast inna wokalistka – Lily Allen. Mimo swojej witalności i pyskatej natury nie porwała tłumów i jakoś szybko zniknęła ze sceny (z tego co pamiętam nawet nie było bisu).

Reaktywowani Faith no more byli mocnym elementem nieco „nudnawej” soboty, choć nie powalili mnie na kolana (za to powalili mój kręgosłup, bo ledwo doszłam do domu). Niedziela była obfita w koncerty oczekiwanych sław i ludność przybyłą. Dość powiedzieć, że na samej bramce do przeszukania przez ochronę czekałam godzinę. „Królami” sceny rockowej zostali amerykanie z Kings of Leon – chyba znalazłam zespół, który będzie mi towarzyszył dłużej tego lata i to powinno wystarczyć za recenzję. Potem było Placebo, a na końcu długo oczekiwane mocne uderzenie The Prodigy. Ci ostatni zgromadzili chyba większość w wielotysięcznej widowni przy scenie głównej prezentując nowe i stare utwory (te ostatnie znali nawet panowie "bez szyi", którzy znaleźli się w tłumie tuż obok mnie).
Ciekawe, że tylko Placebo wykorzystało na swoim koncercie wizualizacje, inni świetnie się bez nich obeszli korzystając jedynie ze świetnego sprzętu oświetleniowego zapewnionego przez organizatora. A ja naiwnie myślałam, że współczesne koncerty bez dodatkowych autów wizualnych nie są w stanie przetrwać. Bardzo mnie cieszy, że się myliłam. Cóż rzec więcej – świetna organizacja, genialne nagłośnienie i całe „miasteczko” na terenie festiwalu. Do wielu namiotów zajrzałam tylko na chwilę (jak do tego z organizacjami pozarządowymi), albo wcale nie doszłam z braku czasu. Widać zainwestowane w to pieniądze, ale morze kasy, która przelała się podczas imprezy za pewne zwróci poniesione koszty. Festiwal do pozazdroszczenia… aż żal, że nie ma takiego w Lublinie.